smok

 
...

 
 
SŁONECZNY KAMIEŃ
    

       Gęsty deszcz ograniczał znacząco widoczność. Coraz większe fale szarpały łodzią rodziny Aegirsonów. Thorgal spojrzał w niebo. Kłębiące się na nim ołowiane chmury nie wróżyły niczego dobrego.
          - Musimy dobić do brzegu. Przenocujemy na tamtej wyspie.
          Wyspa była ledwie widoczna w tej nawałnicy. Jednak im bardziej się do niej zbliżali, tym bardziej gościnna się wydawała. Coraz wyraźniej rysował się obraz góry z łagodnym podnóżem tworzącym płaski, piaszczysty brzeg. Louve siedziała pod masztem okryta grubym pledem. Spoglądała nieufnie w kierunku lądu, gdy nagle:
        - Patrzcie! – krzyknęła. – Światło! Na szczycie góry!
         I faktycznie. Srebrne światło biło wprost w niebo. Jednak po chwili zgasło.
        - Możliwe, że góra to wygasły wulkan – powiedział Thorgal z trudnością manewrując łodzią. – Zastygła lawa odbiła przebijające się przez chmury promienie słoneczne. Cóż, nie mamy zbyt dużego wyboru. Dobijamy.
         Łódź dobiła do brzegu i już po niedługim czasie Thorgal, Aaricia, Jolan i Louve siedzieli przy skrytym pod klifem góry ognisku i spożywali kolację.
       - Chociaż to zawdzięczamy Atlantom – rzucił z pogardą Thorgal wskazując na jedzenie.
       - Nie wszyscy byli źli – sprostowała Aaricia, po czym spojrzała w morze. – A jednak burza się cofa.
        Thorgal spojrzał na Louve usypiającą w ramionach Jolana.
        Mimo to przenocujemy na tej wyspie.
       Louve otworzyła oczy. Jej zmęczenie, spowodowane całodzienną żeglugą podczas sztormu, nagle gdzieś prysło. Podniosła wzrok. Thorgal siedział zakryty kocem. Uśmiechnął się do niej, więc odwzajemniła uśmiech. Jej wzrok powędrował teraz w górę, aż po szczyt wzniesienia. Nagle przeszedł ją zimny dreszcz.
      - Tu nie jest dobrze. Nie zasnę na tej wyspie.
      - Nie bój się córeczko, będę czuwał.
      - Louve – odezwał się leżący za dziewczynką brat. – Patrz co mam.
       Jolan zdjął z szyi zawieszony na sznurku kamień w kształcie dysku. Był nie większy od dłoni i mienił się kolorami nieba.
      - Co to? – Oczy Louve zaświeciły się w odpowiedzi na ten niezwykły widok.
      - To Słoneczny Kamień. Dostałem go od Gunnara z wyrazami wdzięczności za uwolnienie go i jego towarzyszy z rąk Kris de Valnor. Teraz stał się moim talizmanem. Odgania złe moce i sprawia, że sny stają się piękne. Proszę, pożyczam ci go na dzisiejszą noc.
      - Dziękuję, Jolanie. Kocham cię.
       Thorgal uśmiechnął się. Strachy zostały odpędzone. Spojrzał na śpiącą tuż przy nim Aaricię. Wciąż była piękna. Być może to moc miłości sprawiała, iż tak ją widział.
       Nieważne. Szykowała się długa noc.
         Louve dłuższy czas zaciskała w dłoni Słoneczny Kamień, ale wątpliwości jej nie opuszczały. Bała się. Nie wiedziała czego, ale bała się bardzo. Wiatr szumiał tak dziwnie, jakby coś mówił. Chwileczkę. Tak! Louve słyszała rozmowę. Nadstawiła ucho. Głos nadbiegał z odległości nie większej niż dziesięć kroków.
      - Mały włos, a William poważnie zagroziłby nam tym błyskiem.
      - A teraz, gdy przypłynęli obcy, ciężko będzie go powstrzymać przed prawdziwą masakrą. Dotąd zagrażał tylko nam, a teraz… Oni też nie boją się światła. Kto wie?
       Louve wyczołgała się spod swojego koca, wstała i cicho minęła śpiącego na siedząco Thorgala. Zbliżyła się do lekko drżących krzaków i zajrzała za nie. To, co tam ujrzała wprowadziło ją w zdumienie. Dwa mierzące około połowę wzrostu ludzkiego stworki obdarzyły ją trwożnym wzrokiem.
      - Nie rób nam krzywdy – poprosił wyższy, który nie miał równie bujnej brody, jak drugi. – I tak mamy dużo kłopotów.
      - Nie bójcie się. Nazywam się Louve – uspokoiła ich. – Słyszałam, jak mówiliście o swoich problemach i chcę wam pomóc.
        Stworek z bujną brodą podrapał się po nosie.
      - Ach, ja jestem Gnut, a to jest Trand. Możesz nam pomóc. Możesz. Tylko ty przejdziesz przez sekretne przejście.
      - A tata?
      - Za duży – pokręcił głową drugi. – Chodźmy.
          Gdy Trand pociągnął Louve za rękę, brodacz bezszelestnym krokiem zbliżył się do obozu Aegirsonów. Nikt nie mógł się dowiedzieć o nieobecności dziewczynki.

        Tunel we wnętrzu góry, którym przeciskała się Louve był tak ciasny, jak ostrzegał ją stworek, którego uznała za sługę brodacza.
       - Jak to jest, Louve, że nas rozumiesz? – zapytał Brodacz idący przed dziewczynką.
       - Nie wiem, rozumiem mowę zwierząt. Pewnie też rozumiem mowę stworków.
       - Mój lud ma swoją nazwę – rzucił nieco obrażony. – Jesteśmy Kalcetami.
       - Nie chciałam cię obrazić. Nie gniewaj się, proszę. Wiesz – dodała beztrosko – nikt z mojej rodziny nie przecisnąłby się tym tunelem.
        W końcu, ku wyraźnej uldze dziewczynka ujrzała światełko wieńczące tunel. Gdy wyszła wreszcie z uciążliwego przejścia i stanęła na drewnianej podłodze, po pierwsze otrzepała sukieneczkę z ziemi i dopiero wtedy podniosła wzrok. A widok był przepiękny.
        Stała na drewnianym rusztowaniu we wnętrzu góry. Olbrzymią przestrzeń rozświetlało niebieskie światło bijące od wypełniającego całe dno jeziora. Skalne ściany wypełnione były drewnianymi rusztowaniami, którymi setki Kalcetów łączyło podwieszone pod samym sklepieniem brązowe, drewniane i lekkie domki z łodziami zacumowanymi na wodzie. Całe miasto mieściło się na ścianach tej groty!
        Trand uniósł dumnie ręce.
       - Oto Gnution!
       - Gnution, czyżby…
        Tak – przyznał Gnut wychodząc z tunelu. – Jestem Królem Kalcetów. – I skłonił się tak nisko, aż jego broda dotknęła drewnianej podłogi. Potem stęknąwszy ciężko wyprostował się.
       - Nie powinieneś tak… – próbowała wtrącić dziewczynka gdy:
       - Gnution to przeszłość!!! – rozległ się skrzekliwy głos z dołu. – Teraz to Williamland!
        Przez szeroki tunel, do wnętrza góry wpłynęła łódź o podobnej wielkości do tych, jakich używali ludzie. W jej środku płynęły trzy niebieskie, kościste stwory. Posturą i wielkością przypominały człowieka, z tą różnicą, że były zupełnie nagie i posiadały… skrzydła, takie jakimi mogą poszczycić się nietoperze. Dwóch z nich było pochłoniętych wiosłowaniem, za to trzeci stał dumnie opierając ręce o biodra.
        - Oto wasza wspaniała Góra Światła! – krzyknął. – Już raz wam pokazałem, co światło potrafi z wami zrobić! Czcicie nie tego boga! Światło jest waszym wrogiem i JA je ujarzmiłem!
        - To Nix William – szepnął Trand dziewczynce. – Jest naszym ciemiężycielem.
        - Potrzebuję ochotników do mojej kopalni diamentów. Niestety ostatnich sześciu wyzionęło ducha. Co za szkoda! Czekam dziesięć oddechów!!!
         Trwoga wypełniła serce Louve. Wokół niej nastąpiło wielkie zamieszanie. Wszyscy Kalceci poczęły wspinać się w panice po rusztowaniach w górę. Na ich twarzach malowało się przerażenie; przerażenie utraty życia.
        - Uciekają do domów – wyjaśnił Gnut. – Tylko tam nie dosięgnie ich…
          Louve znów spojrzała w dół, na łódź gdzie William sięgał właśnie po coś, co leżało pod jego stopami. Gdy to podniósł w Górze Światła zawrzało ze strachu. William roześmiał się perfidnie, po czym ukazał wszystkim kawałek dziwnego, srebrzystego metalu.
        - Sami tego chcieliście! – krzyknął, po czym skierował blask metalu na kondygnacje rusztowań. Pojedynczo, światło strącało zeń Kalcetów, których po chwili z wody wyławiało dwóch sługusów Williamia i rzucało w róg łodzi. – To już pięciu – podliczył po pewnym czasie, dumny Nix – jeszcze jeden i kto wie!, może na parę nocy będziecie mieli spokój!
         William rozejrzał się. Chciał, aby wybór ostatniego Kalceta wypełnił zgrozą dusze reszty. Wreszcie dojrzał on swego wybrańca. Podniósł metal i skierował go w stronę Louve.
         Jednak nie dokładnie na nią, tylko na jednego z jej towarzyszy – Gnuta. Ten poczuł, jak ciemnieje mu w oczach.
        - Przykro mi, Louve – zdążył powiedzieć, po czym runął nieprzytomny do jeziora. Po chwili wyłowiono go i łódź sarkastycznie roześmianych Nixów ruszyła w kierunku tunelu, którym wcześniej wpłynęła do Góry Światła.
         Louve czuła jak jej nogi miękną. Cóż to był za koszmar? Czemu nikt nie reagował? Wszyscy byli tacy zastraszeni. Nie chcąc ulegnąć strachowi, dziewczynka wyciągnęła spod dekoltu sukienki zawieszony na sznurku kamień pożyczony jej przez Jolana i mocno go zacisnęła. Po chwili poczuła, jak strach ustępuje.
       - Wypadł! – usłyszała krzyk stojącego obok niej Tranda. – Sternik z łodzi Nixów! Wypadł! To przez to światło! To przez… co ty tak zaciskasz, Louve?
       -  To… Słoneczny Kamień mojego braciszka, Jolana. – Louve rozwarła palce i pokazała ów przedmiot Trandowi, którego oczy omal nie wyskoczyły z orbit.
       - Toż to przecie kordieryt kalcytowy! Minerał, dzięki któremu powstał lud Kalcetów, a na którego blask uczulone są Nixy.
        W jednej chwili, Louve zrozumiała, jaką posiadła broń.
       - No to na co czekamy?! – krzyknęła oburzona. – Płyńmy ratować Gnuta!

       Thorgal przebudził się zaniepokojony. Zasnął! Jak mógł zasnąć? Rozejrzał się. Cisza i spokój. Nawet najmniejszy wiaterek nie poruszał gałęziami owocowych drzew i jeżynowych krzaków. Nie zastanawiał się, czy były dzikie, czy hodowane. Spojrzał na śpiącą rodzinę. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Jolanowi i Louve musiało być wyjątkowo zimno, skoro każde z nich zakryło kocem nawet głowę.

       - Kordieryt kalcytowy, to minerał, który sprawił, że nawet najsilniejsze naturalne światło nie robiło na nas wrażenia – tłumaczył dziewczynce Trand kierując łódkę przez ciemny tunel. – Niestety ludzie i krasnoludy zaczęli go używać jako cudowny Słoneczny Kamień. Traktowali go jak skarb i rozkradali wszystkie nasze złoża. Zapasy spadły do zera i przez to musieliśmy zejść do podziemia, gdzie żyjemy do dzisiaj. Pomyśl, jak uciążliwe jest uprawianie żywiących nas roślin nocą, tym bardziej, że ostatnio owoce naszej pracy rozkradane są przez Nixy. Niektórzy z nas już nie mają…
        Nagle silne światło uderzyło w przyzwyczajone do ciemności oczy Louve, która krzyknęła i odruchowo uderzyła ręką Tranda. Kalcet stracił równowagę i wpadł do wody. Na nieszczęście, Słoneczny Kamień, dzierżony do tej pory w dłoni Louve, podzielił jego los. Światło zgasło równie szybko, jak zabłysło.
        - Trand! Traaand!!! – krzyczała zrozpaczona dziewczynka do czarnej tafli wody. – Trand… Przepraszam Trand…
        Złośliwy chichot wypełnił tunel. Wtedy właśnie do główki Louve doszła powaga sytuacji. Zaczęła się bać. Usiadła skulona w łodzi i czekała.
        Nagle łodzią szarpnęło i Louve usłyszała jak jej dno szoruje o twardy brzeg. Podniosła głowę i ku swojej rozpaczy stwierdziła, iż otacza ją prawie zupełna ciemność. Postanowiła wziąć się w garść i wyszła z łodzi. Droga prowadziła do kolejnego tunelu, szerszego, przez co wygodniejszego. Ściany były tu twarde i wilgotne. Przejście wyżłobione zostało w zimnej skale wnętrza góry. Domyślała się, że korytarz ten prowadził do owej kopalni diamentów, o której wspominał Nix William, ale wcale jej to nie pocieszało. Czuła się coraz bardziej zagubiona. Nie bała się ciemności, tylko nieobliczalnych Nixów. Jeżeli zagonią ją do pracy w tych kopalniach… jeżeli stwierdzą, że się nie nadaje i…
       - No mała! – krzyknął William wyskakując z ciemnego zaułka. – Za dużo nam zaszkodziłaś! Koniec z tobą!

      -  Aaa! – krzyknęła Louve budząc się w obozie.
      -  Kochanie! – krzyknęła Aaricia podbiegając do córki i przytulając ją do siebie. – Już dobrze, to był tylko sen.
      - Ale, ale był taki… prawdziwy.
      -  Wiem, córeczko, wiem.
        Louve otarła łzy z oczu, po czym stwierdziła, że jest ranek i wszyscy szykują się do odpłynięcia. Jedynie matka przytulała ją czule. Postanowiła więc podzielić się z nią strasznym snem.

       - …nie miałam Kamienia Słonecznego – kończyła Louve – i nie miałam się jak bronić. Wtedy się obudziłam.
       -  Właśnie – Jolan podszedł do matki i siostry żwawym krokiem. – Już po śnie. Szkoda, że Słoneczny Kamień nie odpędził złych duchów. Jednak może przydać się na morzu. Możesz mi go oddać.
       - Oczywiście. – Louve sięgnęła do szyi, lecz ku swojemu zdziwieniu nie zastała tam sznurka z zawieszonym na nim, owym minerałem. – Nie mam go! – krzyknęła zdziwiona. – Zniknął!
        - Zgubiłaś go – powiedziała Aaricia, delikatnie strofując córkę.
         Louve opuściła głowę zawstydzona. Zanurzyła się na chwilę w swoich myślach. Po chwili podniosła głowę z szerokim uśmiechem.
        - To nie tak! – krzyknęła. – Teraz pamiętam! On tam został!
        - Gdzie? – zapytał Thorgal zasypując ognisko piaskiem.
        - W Górze Światła! W Gnution! – odpowiedziała Louve. – Gdy Nix William chciał mnie zaatakować, nagle cały tunel wypełniło turkusowe światło!
        - Nix? – zaciekawił się Thorgal zagrzebując ognisko. Spojrzał na Aaricię, która podzielała jego zdziwienie. Ona też nie przypominała sobie, żeby opowiadała córce historię o tych złych stworzeniach.
        - To było światło Kamienia Słonecznego! Kalcetowie okazali się wspaniałymi pływakami. Trand wyłowił z dna Słoneczny Kamień i szedł środkiem tunelu trzymając go nad sobą. William stracił przytomność. Potem uwolniliśmy resztę uwięzionych Kalcetów, a Słoneczny Kamień znalazł swoje stałe miejsce na sklepieniu groty w Górze Światła. Potem lud Kalcetów świętował koniec terroru, a ja nie mogłam i nie chciałam już odebrać im kamienia. Potem byłam już tak zmęczona, że musiałam zasnąć i… prawdopodobnie Trand odniósł mnie do naszego obozu.
        Thorgal, Aaricia i Jolan patrzyli na Louve będąc pod wrażeniem jej wyobraźni. Pierwszy przełamał się Jolan.
       - Thorgal zauważyłby twoją nieobecność w nocy. Prawda, Thorgalu?
       - No, tak – odpowiedział zmieszany. – Ruszajmy już. Do Northlandu mamy jeszcze wiele dni żeglugi.
       - Właśnie – potwierdził Jolan. – Piękna historia, Louve. Ale nawet bez niej wybaczyłbym ci zgubienie mojego kamienia.
      -  Wiem, braciszku.

         Łódź powoli odbijała od brzegu. Wreszcie Jolan postawił żagiel, który nadął się i pociągnął żwawo rodzinę w morze. Louve wciąż nie mogła otrząsnąć się z wrażenia, jakie wywarł na niej niezwykły sen. Obserwowała Górę Światła, czekając na jakiś znak i w pewnym momencie:
       -  Patrzcie! – krzyknęła. – Patrzcie! Patrzcie!
         Nagle okazało się, że wszystkie plany mogą poczekać kilka chwil, bo oto ze szczytu góry, prosto w niebo biło silne, turkusowe światło.

Koniec.



  ...  Autor:  Ireneusz Mazurek

 

 
strona główna|publikacje

 

smok