Pokryte śniegiem góry, mroczne, niebezpieczne,
gdzie zza każdej zaspy może wyskoczyć zgłodniały
wilk, który od kilku dni nie mógł znaleźć pożywienia
w opustoszałej krainie. Właśnie w takich warunkach
autorzy umieszczają bohaterów 15. albumu, wznawianego
we wrześniu 2003 r. przez Egmont Polska.
Album nie stanowi kontynuacji poprzednich części,
w przeciwieństwie do cyklu krainy Qa słońce pojawi się
w nim na chwilę i to prawie na samym końcu. Zresztą
światło będzie w tym przypadku jak najbardziej
niewskazane, ponieważ wszystko co się wydarzy,
jak również to co się NIE wydarzy będzie nie do końca
poznawalne, niejasne.
Trójka bohaterów - Thorgal, Torrik* i Vlana zostają
uwikłani w nieprawdopodobną historię, wynikłą ze znalezienia niepozornego
pierścionka
w kształcie węża, umożliwiającego przemieszczanie się w czasie
w obrębie pewnej górskiej chaty. Autorzy główny nacisk położyli na
napięcie w albumie, efekt zaskoczenia i lawinę niespodzianek.
Pytań, rodzących się w głowach czytelników, z każdą kartą jest coraz
więcej. W końcu pojawia się to najważniejsze:
Co było na początku? Jednak po przeczytaniu albumu i głębokich
analizach logiki fabuły, związków przyczynowo-skutkowych, powstaje
inne, bardziej zasadne: Czy jest SENS zadawać takie pytanie?
Czy możemy dowiedzieć się co działo się na początku? Odpowiedź brzmi: NIE.
Podobnie nie dowiemy się kim był pierwotny Saxegaard.
Van-Hamme zastosował tutaj pewien wspaniały chwyt: napisał scenariusz
historii, która sama o sobie opowiada, że jest swoją wersją OSTATECZNĄ.
Nasuwa się pytanie: jak wyglądała pierwotna wersja tej historii?
Otóż istniał jakiś inny Saxegaard, któremu uciekł młody Torric. TEN
Saxegaard NIGDY nie zatrąbił na rogu i nie spowodował lawiny.
Torrik dotarł do chaty, gdzie spotkał Thorgala. Jego PIERWSZE spotkanie
z Thorgalem było identyczne we wszystkich głównych punktach jak to
opisane w albumie, lecz to nie było to SAMO spotkanie. W wersji
ostatecznej wszystko jest manipulacją Vlany np. spalenie chaty,
podstawienie w niej pierścionka w kształcie węża, którego tak naprawdę
w pewnym momencie historii były dwa egzemplarze, no i lawina,
pochłaniająca "starszego" Torrika (po dokonaniu przez niego dwóch skoków
czasowych)...
W wersji ostatecznej spotkania Torrika z Dzieckiem Gwiazd pojawia się
kluczowe
dla interpretacji albumu podsumowanie dnia, zrobione przez Thorgala:
zauważa on mianowicie dziwną przypadkowość wydarzeń minionych godzin -
tego podsumowania z pewnością NIE mogło być w wersji pierwotnej
spotkania Th. z Tor., którego nigdy już nie poznamy, ponieważ nie zostało
zilustrowane w albumie. Dalej wszystko przebiega według planu Vlany.
Trzeba powiedzieć, że bogowie mieli ją w opiece, ponieważ działania Th.,
Torrika i młodej
Vlany w zasadniczych momentach przebiegały tak samo jak w wersji pierwotnej.
Van-Hamme zdaje się kłaść nacisk na bardzo ważną kwestię: cofanie się do
przeszłości
wprowadza nie tylko paradoksy natury oczywistej jak istnienie dwóch tych
samych
osób lub przedmiotów w tym samym czasie, lecz również podważa sens zadawania
pewnych pytań, co do natury wydarzeń, rozgrywających się w albumie.
Po cofnięciu się w czasie Thorgala i Torrika i późniejszych ruchach czy
decyzjach bohaterów
nie możemy np. zapytać: Skąd wzięło się imię Saxegaard? Sens tego pytania
został
już na zawsze podważony...
Van-Hamme dotyka delikatnej natury czasu, ale jeszcze w sposób bezpieczny,
ostrożny,
z pewnością bardziej umiejętny niż w "Koronie Ogotaya". Zauważmy, że w
albumie
mamy tylko trzech głównych bohaterów, ponieważ scenariusz wymagał takiej
właśnie ich
liczby. Odwrotnie niż w przypadku najnowszych albumów, we "Władcy gór"
scenariusz powołuje
do życia postacie, a nie postacie powołują do życia scenariusz. Tak powinno
być !
Vlana staje się ucieleśnieniem kobiety ognistej, silnej, energicznej lecz w
przeciwieństwie
do Kriss de Valnor, zawsze uczciwej i śmiertelnie cierpliwej. Ciekawe jest
to, że
w "Niewidzialnej fortecy" Vlana zostanie skonfrontowana właśnie z Kriss i to
Vlana
spowoduje, że Thorgal na trzy lata zapomni o morderczej przeszłości pani
swego losu... Autorzy pokazują, że nie tylko osobowość reprezentowana przez
Kriss de Valnor, ale wręcz przeciwnie typ kobiety, której życie staje się
jednym,
wielkim poświęceniem, potrafi pociągać i oszołamiać.
Ciekawie jest tu również przedstawiony Torrik - chłopak, który nigdy nie
zaznał
szczęścia, zrobi dosłownie wszystko, aby z żebraka, niewolnika stać się
panem Dobrze zdaje sobie
sprawę z tego, że możliwość takiego awansu jest jednoznaczna z obraniem
drogi tyranii.
W przeciwnym razie musiałby pogodzić się z przeciętnym poziomem życia, który
innym jest już dany na starcie.
Na jego przykładzie autorzy kładą nacisk na ważną kwestię:
gdybyśmy mieli możliwość ingerowania w dzieje nasze i całego świata
nie potrafilibyśmy wytyczać sobie granic. Nasza ograniczoność jest
konieczna,
władzy nad czasem nie może sprawować człowiek, bo zawsze może się on
pomylić.
W całej tej historii jest jednak wyjątek - Vlana, która staje się władcą
gór i ... czasu.
Zauważmy, że ona się nie myli, doskonale sprawuje nad wszystkim kontrolę
przez
36 i pół roku. Jednak pamiętajmy o najważniejszym - nauczyła się tej sztuki
na
błędach Torrika. Droga do tego rodzaju doskonałości zawsze wiedzie przez
błędy, nieważne
czy cudze, czy własne, jednak w ogólności są to błędy niewybaczalne.
"Władca gór" już po pierwszej lekturze na długo pozostaje w pamięci:
mroczna atmosfera albumu, nieprzewidywalna fabuła, tajemnice
i śnieg, cichy pomocnik w zbrodni. Rudowłosa góralka ratuje Thorgalowi
życie, jednak w drodze powrotnej w ojczyste strony nasz bohater będzie
musiał zwalczyć jeszcze inne przeciwności losu, ale już bez żadnej pomocy,
całkowicie
zdany na siebie....
* w tłum. Wojciecha Birka jest Torrik zamiast Torric (pisownia w poprzednim
tłum.)
Tekst przygotował: Maciej Matuszak
|