ROSIŃSKI - VAN HAMME
Thorgal
Thorgal
 
Barbarzyńca Recenzja

 


   Oto po roku od ukazania się "Królestwa pod piaskiem" dostajemy do rąk kolejny album serii - "Barbarzyńcę". Czy najnowszy album wynagrodził nam ten trud oczekiwania, a może nas rozczarował lub sprawił, że odczuliśmy ulgę, stwierdzając, że seria została ocalona? Muszę przyznać, że w moim przypadku dominowało uczucie ulgi, ponieważ album z pewnością spełnił minimalne wymagania co do dalszych losów cyklu: logika, zgodność z poprzednimi albumami,  brak uproszczeń fabularnych (chociaż kreska Rosińskiego wzbudziła kilka moich zastrzeżeń). Rzeczywiście Van-Hamme wprowadził do najnowszej części trochę nowych pomysłów, które nadały serii pewien wyraz, wykonał mianowicie kilka kroków w celu zdemaskowania mitów o głównych postaciach.
   Na samym początku znajdujemy naszych bohaterów w rękach handlarzy niewolników. To logiczny i naturalnie obrany przez Van-Hamme'a kierunek po tym jak zakończyło się "KPP". Jesteśmy świadkami istnej żonglerki ludźmi, w tym interesującej nas rodziny Aegirssonów, Ilenii i Tiaga,  a także okrucieństw Herakliusza i Gubernatora. Zarządca Prowincji jest postacią rozbudowaną - z jednej strony zły i nieprzewidywalny,  z drugiej skłonny do żalu i aktów przebaczania. Turniej łucznicy (którego zwycięzca ma zostać zwolniony na rok z podatku, składanego Imperatorowi) nie ma wprawdzie tak drastycznej formy jak to było w przypadku słynnych "Łuczników", ale za to jesteśmy świadkami innych, przerażających w swej wymowie scen zbiorowych jak: publiczne biczowanie, torturowanie niewolników, a także "polowanie na ludzi". Ostatnia z metod okazywania wyższości rządzących nad poddanymi nie jest skądnikąd ekstrawaganckim wymysłem Van-Hamme'a lecz rzeczywistą praktyką stosowaną niegdyś przez cesarza rzymskiego - Kommodusa. Tempo akcji jest niezwykłe i zdaje się być głównym wyznacznikiem ostatnich albumów. Fakt, że Thorgal z rodziną przebywa na dworze Zarządcy ok. miesiąca, a następnie bierze udział w parodniowym turnieju, czyli fabuła rozgrywa się w długim przedziale czasowym, jest czymś wyjątkowym.
   W żadnym innym albumie akcja w czasie rzeczywistym tzn. bez retrospekcji, podróży w czasie itp. nie jest rozdzielona na tyle dni. Pomimo tego udało się scenarzyście uniknąć spiętrzenia wydarzeń, wywołania przesytu ze strony czytelnika. Jak to osiągnął? Weźmy dla przykładu okres turnieju łuczniczego. Można łatwo zauważyć, że rozmowy, narady, biesiady, mające miejsce pod koniec każdego dnia zawodów pełnią rolę przestanków, zwolnień tempa i jednocześnie uwzględniają fizyczną niezdolność samych bohaterów do nieustannej walki, ciągłego napięcia nerwów. Przebieg wydarzeń staje się bardziej realny nie tyle dla czytelnika, lecz dla samych bohaterów w porównaniu np. z "Królestwem pod piaskiem", gdzie postacie zostały ukazane jako istoty bez żadnej kondycji psychofizycznej.
   Skoro mówimy o samych bohaterach należy zwrócić uwagę na pewne zmiany, na które z pewnością czekała większość fanów. Otóż wreszcie Van-Hamme wprowadził pewne poprawki w sposobie prezentacji członków rodziny Aegirsson. Zauważmy, że Jolan, na prośbę ojca o okazanie swoich nadprzyrodzonych umiejętności odpowiada: nie mogę! Nareszcie Van-Hamme mówi jasno: Jolan NIE jest wszechmocny. Syn Thorgala potrafi okazać swą moc tylko pod wpływem silnego impulsu. Jest jeszcze jedno, mianowicie: ten impuls musi pochodzić Z ZEWNĄTRZ. Jolan nie może sam zainicjować swoich zdolności. Jeżeli przypomnimy sobie teraz "Piętno wygnańców" i weźmiemy pod uwagę popisy Jolana przed własną siostrą to dochodzimy do oczywistej sprzeczności. Jednak odwołanie mitu o potężnym Hurukanie, moim zdaniem, było właściwym posunięciem ze strony scenarzysty, nawet kosztem pewnych nieścisłości. Nie tylko Jolanowi autorzy zdejmują maskę. Dotyczy to również Aaricii ! Pierwszym określeniem, które pada w albumie w stosunku do żony Thorgala jest: "trochę za stara" ! Aaricia wypada blado na tle energicznej Ilenii ! W dodatku Aaricia okazuje się być zazdrosna o siostrę Tiaga. Po raz pierwszy Van-Hamme podkreśla: Aaricia nie jest już idealna zarówno pod względem fizycznym jak i uczuciowym.
   Rozwój wydarzeń w albumie również może nas zadziwić, zwłaszcza jeśli spojrzymy na postać Tiaga - młodzieniec z wielkim trudem uratowany przed śmiercią trochę później ginie w sposób dość banalny, niespodziewany. Tego typów zwrotów akcji (w przypadku bohaterów pierwszoplanowych) nie było w serii nigdy wcześniej. Nie jestem pewien czy to dobry ruch ze strony Van-Hamme'a. Zaprezentowanie z rozmachem sceny uratowania Tiaga wydaje się być bezcelowe i może świadczyć o modyfikacjach głównych punktów planu scenariusza w trakcie jego realizacji. Z drugiej strony uśmiercenie Tiaga, a później Ilenii (jej śmierci nie jesteśmy do końca pewni) staje się ponownie zabiegem pozbycia się "balastu serii".
   Wadą poprzednich albumów było zbyt gwałtowne i szybkie zakończenie: w KPP Chryzjos poświęcił swoje życie dla ratowania świata, a rodzina Aegirssonów przyglądała się temu, by wreszcie powiedzieć, że to już koniec; w BZ mieliśmy pogodzenie się wszystkich ze wszystkimi (i to w ramach kilku kadrów!). "Barbarzyńca" ma jednym słowem - świetne zakończenie: ciało Thorgala zostaje porzucone przez leniwych żołnierzy, którzy wolą świętować zwycięstwo swojej Prowincji niż kopać dół w twardej ziemi na grób dla wspaniałego łucznika. Naturalne, a jednocześnie niezwykłe zamknięcie epizodu pokazuje, że Van - Hamme potrafi zadziwiać i zaciekawiać. Ponadto sam tytuł następnego albumu: "Kriss de Valnor" wzbudza bardzo duże emocje i jednocześnie nadzieje: Czy będzie on traktował o losach Kriss po ucieczce Shaigana, a może o jej wczesnej młodości? Nie mam pojęcia, ale wydaje mi się, że kolejny album ukaże prawdziwe oblicze Kriss, oblicze, które zawsze owiane było zasłoną tajemnicy.


  ...   Tekst przygotował: Maciej Matuszak

strona główna | publikacje | indeks tytułów