Grzegorz Rosiński, twórca legendarnego komiksu fantasy o przygodach
wojowniczego Thorgala, szykuje teraz erotyczny komiks dla dorosłych.
Koniec z Thorgalem? Rzecz wydała się mi wyssana z palca. 27 tomów przygód
wikinga, setki stron internetowych stworzonych przez fanów komiksu, nagrody,
medale, festiwale - wszystko to miałoby po prostu przejść do historii? Chyba
jednak moi przyjaciele, od paru tygodni bombardujący mnie pełnymi niepokoju

listami i e-mailami, zamartwiają się na wyrost. Kiedy na życzenie
"Newsweeka" zostałam wysłannikiem do alpejskiej pracowni Grzegorza
Rosińskiego, wiedziałam tylko, że Grzegorz ostro pracuje nad nowym komiksem.
Jako jego synowa miałam szansę dowiedzieć się, co to za komiks i czy będzie
on rzeczywiście przyczyną śmierci Thorgala - bo zapracowany artysta
ostatnimi czasy znajduje teraz czas wyłącznie dla najbliższej rodziny.
Rzeczywiście, od razu zauważyłam, że Grzegorz Rosiński nie ma zbyt wiele
czasu na rozważanie przyszłości niezwyciężonego wikinga. I nie bardzo
zaprząta sobie nim głowę. Bez reszty zanurzył się w buduarowej atmosferze
belle époque, która panuje w jego nowym komiksie "La Vengeance du Comte
Skarbek", czyli "Zemsta hrabiego Skarbka". Polskie wydanie szykuje oficyna
Egmont na pierwszy kwartał 2004 roku. Kończy właśnie pierwszy z dwóch tomów
sensacyjnej historii polskiego hrabiego, który w latach 30. XIX wieku
wyemigrował do Paryża. Tam został wziętym malarzem, padł ofiarą podłego
spisku i... wolałabym jednak nie zdradzać fabuły, ponieważ - jak na dobry
kryminał przystało - intryga jest wielopoziomowa, a suspens goni suspens.
W swojej pracowni, z okien której roztacza się widok jakby żywcem wyjęty z
Tolkienowskiego "Władcy Pierścieni", Rosiński wiedzie żywot pustelniczy. Od
czternastu lat mieszka w Szwajcarii w niewielkiej wsi Mollens, położonej
nieopodal modnego kurortu Montana-Crans, gdzie tradycyjne szalety (tak
nazywa się tutejsze góralskie chaty) sąsiadują z butikami Chanel i Gucci.
Otoczony gęstym, pełnym rzadkich odmian kwiatów ogrodem, dom państwa
Rosińskich zbudowany został na stromym zboczu, na wysokości 1000 m nad
poziomem morza. Wyposażony jest w schron przeciwatomowy, co bynajmniej nie
jest wyrazem ekstrawagancji właścicieli. W Szwajcarii - kraju, który szczyci
się tym, że wszystkim swoim obywatelom zapewnia bezpieczeństwo - to
obowiązek. Na razie schron służy jedynie do przechowywania oryginalnych
plansz wydanych do tej pory "Thorgali" i pozostałych albumów narysowanych
przez Rosińskiego.
Zaczerwieniłam się po czubki włosów, gdy zerkając Grzegorzowi przez ramię,
zobaczyłam gotowe już plansze "Zemsty hrabiego Skarbka". Wygląda na to, że
twórca nieskazitelnego, zawsze wiernego swej żonie Thorgala będzie teraz
propagował czystą rozpustę.
- Pewnych scen trudno było uniknąć - mówi artysta, obserwując z rozbawieniem
moje zmieszanie. - Historia traktuje o kobietach, artystach i piratach, a to
dość namiętna mieszanka.
I dodaje, że przygotowywany jest projekt specjalnego wydania "Zemsty
hrabiego Skarbka" uzupełnionego o nieobecne w zwykłym wydaniu "różowe"
strony. Ta nieocenzurowana wersja ma się pojawić po opublikowaniu obu tomów
i będzie czymś w rodzaju "bonusa buduarowego".
Tymczasem w dalekiej Warszawie, w kawiarni Łysy Pingwin, fani Thorgala
ekscytują się wiadomością wyczytaną w Internecie, jakoby szykowano filmową
wersję sagi, w której tytułowego bohatera ma zagrać Adrien Brody. - Przy
swojej figurze będzie musiał "pakować" co najmniej przez pół roku -
gorączkują się...
- Nieprawda. Brody, przynajmniej do tego filmu, nic nie będzie musiał, bo
firma, która chciała wyprodukować Thorgala, splajtowała. Podobnie jak inna,
która kilka lat temu zamierzała zrobić jego animowaną długometrażową
wersję - wyjaśnia Rosiński. Mówiąc to, gestykuluje z pasją, bo sam jest
namiętnym kinomanem, choć tam, gdzie mieszka, może swoje pasje realizować
połowicznie. W pobliskim miasteczku Sierre ma do wyboru raptem dwa kina.
Jedno, w którym dobrze słychać, ale źle widać, i drugie, w którym prawie nic
nie słychać, ale za to widoczność jest jako taka. I gdyby nie to, że
Rosiński przynosi takiego pecha producentom, mógłby w jednym z nich
usłyszeć, a w drugim zobaczyć Thorgala. Na razie pracuje całymi dniami, a
właściwie całymi nocami - rysuje do szóstej rano, śpi do drugiej po
południu. Ślęczy przy wielkim stole, od którego odchodzi tylko po to, by...
postrzelać sobie z łuku. Jest w tym naprawdę niezły.
Ostatniej niedzieli udało mi się go oderwać od pracy aż na pół dnia. Ale i
powód był nie byle jaki: doroczne walki krów. To największa atrakcja regionu
posiadającego jedyne na świecie wielkie, czarne krowy bojowe. Raz do roku
spędza się je na łąkę, na której walczą ze sobą (czyli stukają się głowami),
a ta, która wytrwa najdłużej, zostaje zwyciężczynią. Dekoruje się ją
kwiatami, później tryumfalnie przeprowadza przez wieś. W nagrodę waleczna
krowa dostaje na rok prawo do wypasu na najlepszej łące. Zawodom towarzyszy
picie wina, jedzenie sera raclette i koncerty góralskiej muzyki ludowej.
Może się to wydać nieprawdopodobne, ale walki krów wcale nie są mniej
ekscytujące niż np. walki byków.
- Czy to prawda, że Thorgal umrze? - zanim zadałam Rosińskiemu pytanie,
upłynęło więc nieco czasu i nieco dobrego wina.
- Herosi nigdy nie umierają! W przeciwieństwie do zwykłych śmiertelników -
odparł. Już w domu wyjaśnił mi, że wraz ze scenarzystą Jeanem Van Hamme'em
podjęli decyzję o zrobieniu jeszcze tylko trzech albumów o Thorgalu. W
ostatnim będzie świętował swoje trzydzieste urodziny. - Ale na pewno go nie
uśmiercimy - zapewnił. - Choćby z poczucia wdzięczności - dodał ze śmiechem.
Jego świat również nie zginie, tyle tylko że nowym bohaterem będzie tym
razem syn Thorgala, Jolan.
Odetchnęłam. Fani dzielnego wikinga mogą spać spokojnie. Kiedy na koniec
proszę Grzegorza o wybranie jednej niecenzuralnej strony nowego komiksu do
publikacji w "Newsweeku", Rosiński przez moment udaje, że ma kłopot z
wyborem. I sięga po karton, na widok którego się zmieszałam.